Grzeczni chłopcy trzymają z Syfonem

syfon do wody sodowej

Niektórym z pewnością łezka w oku się zakręci i przypomni dzieciństwo na myśl o lecie i wspomnieniu gorących, letnich dni z saturatorem jako motywem przewodnim. Wózek na kółkach z wielkimi butlami gazu i Pan Michał, gość z pokaźnym brzuszkiem serwujący „czystą” za dziesięć groszy.

Syfon do wody sodowej był nieodłącznym atrybutem wyposażenia każdego polskiego domu za poprzedniego systemu. Handel miał wtedy ubogą i szarą ofertę dla obywateli, jednak butle z kranem chciała mieć każda rodzina. Szklana butla ze szkła tak grubego, że nawet dzieciom nie udawało się jej pokonać, stała zwykle dumnie na blacie kuchennym w towarzystwie potężnej butli wiśniowego lub malinowego soku domowej roboty.
Syfony do wody sodowej były przynajmniej tak popularne, jak Syrenki, a później Maluchy. Żadna wycieczka za miasto; do lasu lub nad wodę, nie mogła się bez niego obejść.

Niestety przez długi czas syfon do wody sodowej miał niewielką wadę. Nie można go było samemu napełniać. Po opróżnieniu butli trzeba było udać się do miejsca, gdzie na mieście stał obwoźny saturator i za niewielką opłatą napełnić go wodą z bąbelkami. Dzieci chętnie w tym wyręczały rodziców, pod warunkiem, że mogły, przy okazji napić się wody z sokiem.

Przełomem w syfonowym interesie stało się wypuszczenie na rynek autosyfonu. Model na wymienne, ciśnieniowe naboje z dwutlenkiem węgla wdarł się przebojem do wszystkich mieszkań, wypierając tradycyjne, szklane urządzenie.